FANDOM


Wspomnienia potrafią być najokrutniejszym przeciwnikiem

Czkawka wyjrzał przez okno. Był wczesny ranek, słońce dopiero wyłaniało się zza horyzontu, ale zapowiadał się słoneczny dzień. Dzień, który miał być wyjątkowy, bo w końcu mógł choć na chwile uwolnić się od brzemienia wodza i pobyć trochę sam na sam ze Szczerbatkiem.
Smok wyskoczył na zewnątrz przez okno, a chłopak zszedł ostrożnie po schodach, aby nie budzić matki, która jeszcze zapewne spała. Otworzył drzwi uważając by nie narobić przy tym zbędnego hałasu i z radością poszedł do Szczerbatka.
-To gdzie dzisiaj lecimy, Mordko?
Szczerbatek jedynie zamruczał i kazał swojemu jeźdźcowi wsiąść na grzbiet by jak najprędzej znaleźć się w powietrzu. Czkawka oczywiście to zrobił. Szybko wzbili się w przestworza. Przecinając chmury nad Berk. Młody mężczyzna po raz kolejny przyjrzał się posągowi swojego ojca wykutym w skale. Chłopak za każdym razem był pod wrażeniem jak szybko współplemieńcom udało się go stworzyć, minęło pół roku od pamiętnej bitwy z Drago, a pomnik stał w swojej pełnej okazałości, pilnując by pamięć o nadzwyczajnym wodzu nie przepadła.
Szczerbatek przeleciał już za granice wyspy, a Czkawka porzucił rozmyślania o ojcu by móc cieszyć się wspólnymi chwilami w przestworzach.
-To co, tak jak zwykle, Mordko? Hen tam, gdzie nasz skrzydła poniosą? – Spytał radośnie Czkawka widząc przed sobą tylko nieskończone morze.
Szczerbatek wesoło zaryczał w odpowiedzi, zgadzając się. Wystrzelił przed siebie pocisk plazmy, Czkawka zmienił pozycję ogona, a smok wykonał zgrabną beczkę przyśpieszając lot. Jeździec i smok, dla nich każda wspólna chwila w powietrzu, mogąc latać i czuć się wolnym była czymś wspaniałym. Nie musieli się ze sobą komunikować, rozumieli się bez słów, a lot był dla nich tym, czego każdy wyczekiwał z utęsknieniem.
Sunęli nad chmurami zapominając o świecie zewnętrznym, wykonywali beczki, zawroty, pikowali i rozkoszowali się chwilą, na którą od tak dawna czekali.
Czkawka miał dużo obowiązków jako wódz, rzadko udawało mu się wyrwać z Szczerbakiem dalej niż okolice rodzimej wyspy Berk. Tym bardziej, że po ataku Drago i jego Alfy trzeba było odbudować połowę wioski, właściwie cały czas pojawiało się coś do roboty. Takie dni jak te, w których Czkawka i Szczerbatek mogli w całości spędzić na lataniu były dla nich prawdziwym wytchnieniem.
Dzisiaj znów mogli odkrywać nowe ziemie, jak za starych, dobrych czasów.
Minęło już południe, smok i jego jeździec dopiero teraz zauważyli w oddali oznaki lądu. Przyśpieszyli by znaleźć się tam jak najprędzej.
Gdy zrozumieli, czym jest wyspa, na którą trafili odebrało im mowę. Nie spodziewali się, że ich beztroskie latanie zaprowadzi ich w te miejsce. Wylądowali wśród szczątków broni, katapult i innych sprzętów wojennych pozrzucanych tutaj na pastwę czasu. Miejsce to wyglądało inaczej niż ostatnim razem gdy tu byli. Natura powoli zaczęła pochłaniać nikłe oznaki ingerencji człowieka.
Znajdowali się przed Smoczym Sanktuarium.
W miejscu gdzie pół roku temu stworzyła się pierwsza bitwa między oddziałami Darago, a smokami, którymi opiekował się wielki Oczołomostrach.
W miejscu gdzie zginął jego ojciec.
Czkawkę ogarnęła nostalgia, gdy patrzył na wszystkie ślady, znaczące o tym, co tutaj się wydarzyło. Szczerbatek nie był szczęśliwszy, nadal pamiętał spotkanie z Drago i opanowanie przez jego Alfe. Był wtedy bezsilny, zdany wyłącznie na jego rozkazy. Skulił się i zaskomlał przypominając sobie, do czego był zmuszony przez Oszołomostracha. Chłopak spojrzał na niego zmartwiony.
-Spokojnie Szczerbatku, to tylko złe wspomnienia –powiedział załamującym się głosem. Czuł to samo, ból, bezsilność, gdy przypominał sobie otumanionego Szczerbatka niebezpiecznie się do niego zbliżającego, tylko z jednym celem „zabić”. I wtedy przypomniał sobie ojca, który poświęcił się, by go ratować. Wskakującego przed niego i przejmującego na siebie śmiertelny pocisk plazmy jego najlepszego przyjaciela. Poczuł, że nogi się pod nim uginają. Usiadł na ziemi, a z oczu spłynęła samotna łza. Wpatrywał się w otaczający krajobraz z bólem w sercu. Szczerbatek przysunął się do niego w milczeniu, położył głowę na łapach i także wpatrywał się w pole bitwy.
Po chwili zadumy Czkawka się podniósł. Szczerbatek popatrzył na niego ze zdziwieniem, bo ten ruszył w nieznanym kierunku nic nie mówiąc. Jednak smok także wstał i poszedł za towarzyszem.
Po kilku minutach spaceru doszli do małej zatoczki. Przed nią rozciągało się morze przecinane pionowymi skałami.
Czkawka stanął przed wodą i wpatrywał się ze smutkiem w horyzont.
Szczerbatek powoli zaczynał się domyślać, dlaczego te miejsce jest tak ważne dla jego przyjaciela. Przygnębiony położył się na ziemi obok chłopaka, głowę ułożył na ziemi i nieruchomo wpatrywał się przed siebie.
I wtedy Czkawka zaczął mówić, było to coś niezwykłego, w tej przejmującej ciszy, która trwała niemożliwe wydawało się, żeby istniały inne dźwięki.
-Przegoniłem ich tato, udało mi się. Razem z Szczerbatkiem przegoniliśmy Drago i jego Alfe chroniąc Berk przed zniszczeniem. Tak powinien postępować wódz. Ty też byś tak na pewno postąpił… Teraz staramy się odbudować wioskę. Oszołomostach narobił wiele zniszczeń, ale powoli wszystko wraca do normy. Zbudowaliśmy pomnik ku twojej pamięci, jest ogromny, byłbyś zachwycony gdybyś go widział – Oczy Czkawki zrobiły się szkliste, ale chciał mówić dalej – Nikt o tobie nie zapomni. Dopilnuje tego. Jesteś dla mnie przykładem, mam nadzieję, że będziesz dumny z mojej roli wodza, chociaż wiem, że pewnie nigdy ci nie dorównam... – Ostatnie słowa wypowiedział szeptem, a po jego policzku spłynęła kolejna łza.
Szczerbatek czując, że to koniec przemowy podniósł się i żałośnie zaryczał, po czym wypuścił przed siebie cztery pociski plazmy. To było jego pożegnanie.
Nagle zza pleców dobiegł ich dźwięk lądującego smoka. Jednak żaden się nie odwrócił. Z smoka zsiadł jeździec i powoli podszedł do chłopaka.
-Czkawka – Szepnęła Astrid, gdy była już przy nim. – Nie sądziłam, że tutaj będziesz. –Powiedziała cicho.
-Ja też – przyznał chłopak z żalem głosie, obejmując ręką dziewczynę i przysuwając ją do siebie. Cieszył się, że przyfrunęła tutaj, zawsze łatwiej jest, gdy ma się przy sobie bliską osobę.
-Byłby z ciebie dumny – powiedziała po chwili dziewczyna – Znakomicie się spisujesz.
Chłopak nie odpowiedział.
-Gdybym wtedy go posłuchał i nie próbował porozmawiać z Drago…
-Ale to nic złego, że próbujesz rozwiązywać wszystko pokojowo, to odróżnia cię od ludzi rozwiązujących wszystko siłą. Gdybyś tu wtedy nie przyleciał… Nigdy nie poznałbyś matki… - Dziewczyna próbowała go jakoś pocieszyć.
-Ale jaką cenę musiałem zapłacić za jej odnalezienie? – Spytał łamiącym głosem.
Astrid nie odpowiedziała.
-Nie możesz się wiecznie o to obwiniać, gdyby nie Drago, gdyby nie jego Alfa… Gdybym mu nie nagadała tego wszystkiego… -Głos dziewczyny się załamał.
-Byłaś pewna, że to coś da… Nie mogłaś się spodziewać…
-Tak jak ty… Czkawka nie możemy się tym tak zamęczać, bo to nas zniszczy. Jeśli już kogoś chcesz obwiniać , to nie zapominaj, że gdyby nie Drago…
-Ja to wiem, Astrid, tyle, że… -Czkawka westchnął – Naprawdę ciężko się z tym pogodzić. – Wyznał chłopak wpatrując się przed siebie.
-Wszystkim jest ciężko – powiedziała dziewczyna patrząc tam gdzie jej chłopak. – Chodźmy stąd, Czkawka – szepnęła po chwili.
Chłopak jeszcze przez chwilę się nie ruszał, ale w końcu odwrócili się wolno i odeszli w stronę czekającej nieopodal Wichury, Szczerbatek podążył za nimi.
Młody mężczyzna spojrzał jeszcze w górę na występ skalny, za którym można było dostrzec jaskinie.
-Przed powrotem na Berk… Zawitajmy jeszcze w jedno miejsce. – Powiedział wsiadając na Szczerbatka. Astrid wsiadła na Wichure i razem wznieśli się ku jaskini. Gdy znaleźli się w środku Czkawka zsiadł smoka. Spojrzał na jaskinię. Było tutaj ciemno, ale po chwili Szczerbatek strzelił plazmą, trafiając w stare, wygaszone ognisko, a one zapaliło się lekkim płomieniem oświetlając chociaż odrobinę pomieszczenie.
Czkawkę uderzył kolejny grad wspomnień. Wszystko tu było takie jak tego dnia. Przypomniał sobie taniec jego ojca z Valką, jego matką i uśmiechną się słabo na to wspomnienie.
Wolnym krokiem przeszedł przez jaskinie, nie chciał się tutaj długo zatrzymywać, podążył znanymi sobie korytarzami, aż w końcu dotarł do Smoczego Sanktuarium. Było tak samo piękne jak ostatnim razem, to, że utraciło swojego strażnika niewiele zmieniło, wciąż mieszkało tu wiele smoków, większość, co prawda wyniosła się w bliższe okolice wyspy Berk, ale niektóre nie chciały porzucać domu, przecież miały tutaj wspaniałe warunki do życia.
Astrid stanęła obok chłopaka.
-Pięknie tu – westchnęła z zachwytem obserwując bujną roślinność, lodowe sklepienie, smoki pojawiające się od czasu do czasu tu i tam.
-Tak – chłopak lekko się uśmiechnął. – Lećmy już, muszę jeszcze coś załatwić. – Mówiąc to wskoczył na smoka, a ten od razu wzbił się powietrze. Astrid zrobiła to samo i po chwili już mknęli jak strzały przecinając chmury.

KONIEC

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki